Nie wiem.

Posted in "Minifelieton" on 23 października 2014 by JayL

I oto 2,5 roku po opublikowaniu posta, gdzie napisałem, iż prawdopodobnie wrócę do pisania (po czym popełniłem raptem jeden wpis), znów takie myśli chodzą mi po głowie. Obecnie piszę mało. Bardzo mało. No, tak w sumie to wcale. Jak widać, przestałem publikować cokolwiek na tej stronie, nie jestem też w stanie się zmobilizować do znalezienia paru godzin w tygodniu, by napisać jakąkolwiek zapowiedź, że o recenzji już nie wspomnę. Ze względu na brak czasu i chęci do grania na tym drugim rodzaju publicystyki growej postawiłem krzyżyk już dawno temu. Nie, nie to, żebym nie grał w ogóle. Jednak gram mało, zazwyczaj w produkcje mające swoją premierę co najmniej parę miesięcy wcześniej. Jak wspomniałem – brak czasu, chęci, do tego kiepskie warunki (2 letni laptop). I tak ostatnią nową grą, jaką skończyłem, był Ethan Carter (polecam). A i tak, mimo że rozgrywka zajmuje jakieś 4-5 godzin, zeszło mi na to trzy dni.

Czy to tylko jednorazowy zryw? Czy będę tu jednak coś pisał? Być może, kto wie. Dziw bierze, że akurat teraz, kiedy jestem już na trzecim roku studiów (damn, ostatni wpis był jeszcze w klasie maturalnej… jak ten czas leci), mam masę zaległości i multum zainteresowań do realizowania, znów myślę o pisaniu. Może to mnie zmobilizuje? Tak ogólnie, do nie marnowania czasu. Bo ostatnio właśnie w tym się specjalizuję. Całymi dniami się obijam. Ok, czasem zbiorę się do nauki, poczytam coś, odpalę grę, czy też pogram na gitarze. Ale wszystko to zajmuje ledwie ułamek całej doby, podczas której śpię 10 godzin, a potem kolejne tyle nie robię nic konkretnego. Ale czemu tak? W sumie… nie wiem. Tak jakoś. Po prostu. Ciężko powiedzieć, że to lubię, bo jeśli coś zostawia kaca moralnego i poczucie totalnego marnotrawstwa, to chyba nie jest czymś, o czym można powiedzieć „lubię to”. Rozumiem obijać się raz na jakiś czas, ale nie codziennie. Świat ma tyle do zaoferowania, że nie ma sensu marnować ani chwili, trzeba słuchać muzyki, oglądać filmy, seriale, uczyć się, rozwijać, czytać książki, rozmawiać z ludźmi. A nie siedzieć tylko przed kompem i dziesiąty raz przewijać ścianę fejsa, bo może pojawiło się coś nowego. Można oglądać głupie filmiki w sieci, ale nie cały czas. Trzeba się motywować do wykorzystywania czasu, do wykorzystywania życia. Mój poprzedni wpis, popełniony wieki temu, traktował między innymi właśnie o korzystaniu z życia, gdyż nigdy nie wiadomo, kiedy się ono skończy. Więc korzystajmy.

A co, jeśli ktoś nie lubi czytać? Nie lubi grać? A lubi za to spać, obijać się, i nie ma z tego powodu żadnych wyrzutów? Cóż… szczęśliwy w sumie jesteś. Jednak radziłbym poszukać jakichś nowych zainteresowań. Wydaje mi się, że każdy znajdzie coś ciekawszego do roboty, niż spanie i nic nie robienie. A jeśli nie, i mimo to nadal będą szczęśliwi… Well, good for them. I think.

Nie, nie boję się.

Posted in "Minifelieton" on 10 sierpnia 2012 by JayL

Śmierci. Ha, niespodziewane trochę, co? Pierwsze skojarzenie to raczej KlejNuty. Ale cóż, w wakacje też zdarza mi się pomyśleć. I oto przypomniała mi się pewna rozmowa, która miała miejsce jakiś czas temu. Mianowicie – strach przed śmiercią. Sam głębsze przemyślenia miałem dopiero wczoraj i doszedłem do jasnego wniosku – nie boję się śmierci. Można powiedzieć, że jestem za młody, za mało doświadczyłem, zbyt mało ludzi w moim życiu umarło, bym zaczął się bać. Ot, młody, lekkomyślny, myśli że wszystko ujdzie mu na sucho. Nie. Nie o to chodzi. Sęk w tym, iż i tak wszyscy umrzemy. W ten bądź inny sposób. Prawdopodobieństwo, że będzie to bolesna, długa agonia jest dość małe. Większość umiera ze starości, czy też zwykłych chorób doprowadzających do wycieńczenia organizmu. Racja, łatwo wtedy nie jest, jednak nie ma mowy o nieznośnym bólu, o strasznym cierpieniu. To nie są tortury. Dlatego samej śmierci się nie boję.

Pojęcie śmierci można jednak rozumieć głębiej. Jest to bowiem koniec, koniec życia, naszej egzystencji w tym świecie. Wszystkie plany, niedokończone książki, wyjazdy przepadną. I to jest przerażające. Nie sama śmierć, ale jej konsekwencje. Fakt, że nic więcej w życiu nie zrobimy, nic nie osiągniemy. Że to definitywny koniec, nie ma nas. A przecież ledwie wczoraj rozpoczęliśmy ostatni tom cyklu, na który tak długo czekaliśmy. A jutro miała być taka zajebista impreza. I co? Dupa. Nie żyjesz. Nic nie zrobisz, nic nie zobaczysz. Pozostawiasz po sobie jedynie ciało i płaczących nad tobą ludzi. Swoją drogą im ich więcej, tym lepiej. W końcu świadczą nie tylko o tym, że masz dużą rodzinę, ale też o fakcie, iż byłeś dobrym człowiekiem, pozostawiłeś za sobą ślad, warto za tobą płakać. Wracając do głównej myśli – to właśnie najbardziej mnie dobija.

Niektórzy pewnie czekają, aż odniosę się do religii. Cóż, najwyższa pora. W końcu jestem chrześcijaninem, wierzę w życie wieczne po dokonaniu żywota na Ziemi. I co w związku z tym? Ano nic się nie zmienia. Owszem, mamy tam mieć raj, wszystkiego pod dostatkiem, w końcu osiągnięta pełnia szczęścia. Ale fakt pozostaje faktem – życie ziemskie staje się przeszłością. Możliwe, że nie będziemy wtedy odczuwać żadnego żalu. Przecież będziemy w pełni szczęśliwi, prawda? Choć w takim przypadku musielibyśmy odseparować się od naszej przeszłości, a co za tym idzie, przestać być sobą. W końcu kim jest człowiek bez przeszłości? Ale to temat na oddzielną dyskusję i być może nowy wpis.

Pozostaje jeszcze kwestia świadomego podejmowania ryzyka. Przecież jeśli nie boję się śmierci, czemu by nie docisnąć gazu? Czemu nie zaryzykować? Ano dlatego, że masz życie człowieku. Myśl o tym, co jeszcze możesz zrobić, osiągnąć, jak wiele przed tobą. Nieważne czy masz 10, 20 czy 60 lat. Zawsze warto żyć, w końcu każdy dzień przynosi coś nowego. Zresztą czy muszę to tłumaczyć? Przecież każdy ma swoje życie i doskonale wie, co niesie ono ze sobą. Zatem niezależnie od tego, czy boimy się (co moim zdaniem jest bezsensowne), czy też nie – pamiętajmy o wartości życia. Bo o to przede wszystkim chodzi.

A na koniec piosenka, starym zwyczajem. Utwór o przemijaniu, o tym co po sobie zostawiamy, a więc po części również o śmierci.

Linkin Park – Leave Out All The Rest

I’ll be back.

Posted in Wolna amerykanka. on 7 kwietnia 2012 by JayL

I think.

sportowiec Sportowcowi nie równy.

Posted in "Minifelieton" on 22 lutego 2011 by JayL

Odkąd zacząłem grać w Fifę 11 (tak się złożyło, że niewiele wcześniej zainwestowaliśmy też w pakiet sportowy w ence), coraz bardziej interesuje mnie sport, głównie piłka nożna. Jednym z elementów decydujących o pięknie futbolu są zasady fair play. Jakiś zawodnik leży na boisku – drużyna będąca obecnie w posiadaniu piłki wykopuje ją, a później ich przeciwnicy oddają im futbolówkę z powrotem. Ba, raz na JM widziałem nawet, jak ekipa dała sobie wbić bramkę po tym, jak wcześniej przypadkowo strzelili gola oddając piłkę po sytuacji w stylu tej opisanej powyżej. Po ostrzejszym faulu winowajca często podchodzi do poszkodowanego i podaje mu rękę pomagając wstać, zapewne też przepraszając. Kiedy widzi się taką czystą sportową rywalizację aż chce się ją oglądać. Niestety, są zawodnicy, do których sam chciałbym zejść na murawę i walnąć im w ryj za to, co reprezentują.

Każdy pamięta chyba słynne uderzenie Zidane’a w finale mistrzostw. Jednemu z najlepszych piłkarzy w historii puściły wtedy nerwy i wyjechał Materazziemu (?) „z byka”. Szybko jednak się opanował i zszedł z boiska z pochyloną głową, świadomy winy. Niestety nie wszyscy potrafią tak szybko zapanować nad swoim zachowaniem. Niech za przykład posłuży chyba największy obecnie boiskowy chojrak, Gatusso, który swoim zachowaniem zepsuł mecz Milanu z Tottenhamem. Włoch m.in. uderzył Croucha w twarz, odepchnął tegoż, próbował złapać za szyję jednego z trenerów drużyny przeciwnej, na końcu zaś uderzył tego samego człowieka głową. No do jasnej cholery, tej klasy piłkarz grający w tak wielkim klubie nie daje rady utrzymać nerw na wodzy? Nie wiem, jak często mu się to zdarza, ale jeśli ma podobne skłonności, chętnie usłyszałbym o jego dożywotniej dyskwalifikacji. Tacy ludzie psują całe widowisko. Zresztą, może rozmiary jego winy nie byłyby aż tak duże, gdyby sędzia odpowiednio reagował. Niestety, ten zamiast od razu wlepić mu żółtą kartkę, tylko go upominał. I tak Gatusso, który powinien dostać ze 2 żółte i 2 czerwone kartki (jedna z żółtych, inna za faul. Wiem, nie da się tak, ale IMO na to w czasie meczu sobie zapracował), dostał zaledwie jedną żółtą. Tak samo powinien zostać wykluczony inny piłkarz Milanu, który wszedł wślizgiem w przeciwnika niczym jakiś wrestler, czym doprowadził do kontuzji zawodnika Tottenhamu.

Obecnie wiadomo już, jaka kara została wyznaczona Gatusso. Jest to zawieszenie na 4 mecze w europejskich pucharach, co razem z jego czerwoną kartką wyklucza go na 5 kolejnych spotkań. Tym samym w Lidze Mistrzów zagra tylko w przypadku, w którym Milan awansuje do finału. Kasa surowa i zasłużona, ale osobiście chętnie dołożyłbym mu jeszcze jeden mecz absencji. Czemu? Jeśli wyjdzie na murawę w finale i zepsuje spotkanie… To już będzie katastrofa.

Są chyba pewne granice.

Posted in "Minifelieton" on 13 lutego 2011 by JayL

Długo mnie nie było. Ostatni wpis jest z 26 stycznia, a dziś już 13 lutego. Ale wiecie co? Sam nie wiem, kiedy to zleciało. Ostatnie dwa tygodnie miałem tak napchane wszelkiego rodzaju sprawdzianami (niektórzy szczęśliwcy z mojej klasy mieli przez dwa dni pod rząd dwa spr… na szczęście do nich nie należałem), że zwyczajnie nie miałem czasu myśleć o pisaniu, czy to tekstów dla Giero, czy też własnych przemyśleń na tegoż bloga. A tematów przez ten czas parę wpadło… O możliwość publikacji w dniu dzisiejszym walczyły trzy, aż w końcu wybrałem jeden. Głównie ze względu na to, że szybko może się on przedawnić. Wpis dotyczy bowiem okładki ostatniego wydania Angory i tego, czy aby redakcja z nią nie przesadziła. Abyście wszyscy wiedzieli o czym mówię bez zbędnego szperania w sieci, oto temat rozważań:

Część z Was pewnie domyśliła się już na podstawie obrazka i tytułu wpisu, o czym będę pisał. Na początek jedna rzecz: bardzo lubię Angorę. Co prawda rzadko znajduję tam teksty mnie interesujące, ale lubię ich – zazwyczaj bezkompromisowe – podejście do tego, co się na świecie dzieje. Lubię też ich często prześmiewcze okładki. Okładka najnowszego numeru wywołuje u mnie jednak tylko zniesmaczenie. Tak, chodzi oczywiście o umieszczone na niej zdjęcie płonącego, właściwe dogorywającego już człowieka. Prawie zupełnie zwęglonego, ale chyba jeszcze żywego, na co wskazuje jego pozycja. Domyślam się, że na większości z Was nie zrobi to większego wrażenia. Sam poza zniesmaczeniem też wiele nie poczułem (odczucia na temat samego postępowania owego mężczyzny to zupełnie inna sprawa). Sęk w tym, że nie każdy ma ochotę to oglądać. Nie każdy też powinien to oglądać, np. małe dzieci. Zrozumiałbym, gdyby zdjęcie to zostało zamieszczone wewnątrz gazety – w końcu Angora to nie wydawnictwo dla dzieci, a dorośli/młodzież powinni wiedzieć, że podobne treści mogą się tam pojawić. Dla mnie publikowanie takiego zdjęcia w miejscu, w którym dosłownie każdy może je zobaczyć, jest dużą przesadą.

Pojawia się tu, częste zresztą, pytanie, gdzie należy ustalić granicę. Co można pokazać, a co nie. Najkrócej mówiąc, podobnej linii ustalić się nie da. Można tylko zabronić publikowania treści gorszących, ale każdy przypadek należałoby rozpatrywać oddzielnie, po wpłynięciu ew. skarg. Tymczasem należy zaufać redaktorom i wydawcom oraz ich sumieniom. Chociaż w czasach, w których często w podobnych przypadkach opłacalne jest nawet łamanie prawa (choćby embargo, choć to raczej łamanie umowy), ciężko pokładać w nich nadzieję.

Starzy coś w sobie mają…

Posted in "Minifelieton" on 26 stycznia 2011 by JayL

Od razu zaznaczam, że nigdy nie byłem wielkim wielbicielem starej muzyki. Nie jestem żadnym koneserem, słucham jej tylko okazjonalnie, ale kiedy już na coś dobrego trafię, nie mogę wyjść z podziwu. Utwory te są tak specyficzne, mają tyle klimatu… dziś tego nie uświadczysz, obojętnie jakiego gatunku byś słuchał.

Zaczęło się od Fallouta 3. Tam poraziła mnie swą jakością muzyka, jaką Three Dog puszczał w Galaxy News Radio. Dźwięki nagrane w latach 30. z nawiązującymi do naszych poczynań komentarzami spikera, nieraz towarzyszące nam przy odrywaniu głów supermutantom… Jakiż to miało klimat! Po raz pierwszy chyba podśpiewywałem sobie kawałek zasłyszany w grze po zakończeniu rozgrywki! Ot, chodziłem nucąc „I Don’t Want to Set the World on Fire”, czy „Crazy”. To była czysta magia.

The Ink Spots – I Don’t Want to Set the World on Fire

Podobna sytuacja spotkała mnie po ukończeniu Fallouta 2, gdzie w trakcie napisów z głośników dobiegał śpiew Louisa Armstronga. Ponownie, zamiast zwyczajowo czekać nudząc się na koniec creditsów (i ewentualny bonus), siedziałem i z niezmierną przyjemnością poznawałem ten utwór.

Louis Armstrong – A Kiss to Build a Dream on

Teraz ponownie, za sprawą bardzo-pragnącego-by-o-nim-wspomnieć człowieka, dałem się uwieść nieco młodszemu, ale równie klimatycznemu i specyficznemu utworowi. Który przy okazji ma niesamowity power! Każdy, kto trochę bardziej interesuje się grami, pozna go zapewne po pierwszych dźwiękach. Piosenka ta została bowiem użyta w jednym z trailerów Mafii II. A najlepsze jest w niej to, iż oryginalnego wykonania nie są w stanie pobić ludzie tacy jak Presley, członkowie Beatlesów czy Led Zeppelin! Do tego płyta z tym utworem kosztuje w merlinie śmieszne 14zł. Muszę ją mieć. ^^

Little Richard – Long Tall Sally

Nawet jeśli kawałki te Wam się nie podobają, nie możecie chyba zaprzeczyć, że czasy, w których właśnie taka muzyka należała do „mainstreamu” musiały być świetne. Choć – jak pisałem na początku – nie jestem wielkim jej fanem, lubię czasem odtworzyć któryś z tych, czy podobnych utworów. Bo mają w sobie to Coś, tę niesamowitą magię i klimat, których we współczesnych kompozycjach się nie uświadczy właśnie dlatego, że pochodzą z naszych czasów.

Na koniec dorzucę jeszcze jeden mały bonus. Co prawda odkryłem w ostatnim czasie jeszcze jeden naprawdę świetny kawałek, ale słuchania w tym wpisie i tak macie aż nadto (bo przesłuchacie wszystko, prawda? :P Poprzednie utwory nie są długie, raptem 2-3 minuty ;)), więc ograniczę się do jednej, acz aż 7-minutowej kompozycji. Wokalu nie ma, teledysku też, więc możecie odpalić to sobie gdzieś w tle. Polecam wszystkim lubiącym pianino (fortepian?) i/lub Linkin Park.

 

PS: Zadowolony? :P

Po co mi religia?

Posted in "Minifelieton" on 21 stycznia 2011 by JayL

Zastanawialiście się kiedyś nad tym? Ostatnio chyba coraz więcej osób zadaje sobie to pytanie. Dojrzewamy duchowo i zaczynamy myśleć, na co nam wiara, którą wynieśliśmy z domu. Czy naprawdę wierzymy, czy też jest to tylko wpojona przez rodzicieli rutyna, pozbawiona głębszego sensu? A jeśli jednak wyznajemy którąś wiarę, dlaczego akurat tę?

Ostatnio na historii oglądaliśmy pewien film nt. katastrofy Smoleńskiej. Wcześniej fakt ten nie rzucił mi się w oczy, teraz jednak zacząłem zastanawiać się nad motywami wszystkich tych ludzi, którzy modlili się za ofiary. Odnosi się to zresztą do każdej podobnej sytuacji – modlimy się wierząc, że w ten sposób jakoś pomagamy sobie bądź swojemu otoczeniu. Istnieje w nas przekonanie, że to coś da, a jeśli nie – Bóg miał inne plany. Pewności nie mam, ale w podobny sposób podchodzą do tego zapewne również wyznawcy religii innej niż katolicyzm. Sęk w tym, że – jak mi się zdaje – poczynania te zazwyczaj nie są wynikiem prawdziwej wiary, opartej na poznaniu jej historii i doktryn. Powiedzmy sobie szczerze – ile jest osób, które po osiągnięciu jako takiej dojrzałości postanowiły w jakimkolwiek stopniu zweryfikować to, w co wierzą od dziecka? Ilu ateistów zapragnęło zapoznać się z jakąś religią? Mam tu na myśli głównie pokolenia starsze, wśród których katolicyzm jest o wiele silniej zakorzeniony. Obecnie bowiem wydaje mi się, że sytuacja się zmienia i większość ludzi młodych podchodzi do spraw wyznania bardziej otwarcie, poszukując swej własnej drogi.

Nadal jednak istnieje sporo osób, które uczęszczają do kościoła tylko dlatego, że tak wpoili im rodzice. Chodzą tam, bo muszą. Muszą, bo ktoś im kazał, bądź wpojono im, że Bóg istnieje i nie przyjmują do świadomości możliwości istnienia innej opcji. Niektórzy nie uczestniczą we mszy, po prostu odbębniają tą godzinkę i idą do domu. Ba, sam do niedawna taki byłem, jednak teraz próbuję to zmienić. Ci ludzie jednak w większości wierzą. Dlaczego? Bo tak jest bezpieczniej. Wygodniej. Łatwiej. Bo chcą wierzyć, bo boją się śmierci. Nie dochodzą prawdy, gdyż zwyczajnie nie chcą jej odkryć. Wolą bezpiecznie ufać, że po śmierci trafią do nieba bądź czyśćca, że to nie będzie definitywny koniec ich egzystencji. Poza tym ze świadomością, że ktoś tam jest i nad nami czuwa jest o wiele łatwiej żyć. Niezależnie od tego, czy wierzy się naprawdę, czy tylko chce w to wierzyć.

Widząc to co napisałem wiem, że po raz kolejny nie podołałem własnym przemyśleniom. Mam jednak nadzieję, że wpis ten spełni swoją rolę i sprawi, że zastanowicie się nad tym, dlaczego właściwie wierzycie. Pomyślicie, czy aby katolicyzm (czy też inne wyznanie) nie jest tylko zabezpieczeniem, tak na wszelki wypadek, gdyby jednak okazało się, że Bóg naprawdę istnieje. A jeśli nie wierzycie w nic… cóż, zmarnowaliście pięć minut na czytanie tego tekstu, gdyż dla Was żadnego przesłania nie mam. Dokonaliście świadomego wyboru i skoro wiary nie potrzebujecie, to nie będę Was namawiał do jej poszukiwania. Jeśli jednak wierzycie, zastanówcie się nad swoimi motywami.